Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
szufladki

Zdjęcia w galeriach.


Z ostatniej chwili:)!!!!

czwartek, 28 lutego 2008 21:08
Dostałam najwyższą ocenę, czyli 'A' za moje opowidanie o "fotografii w moim życiu" i przedstawieniu siebie generalnie:)
To, że uzywałam ruskiego sprzętu w czasach podstawówki profesor określił jako bardzo dobre podstawy, bo ten sprzęt faktycznie wymagał trochę wiedzy (ale ja byłam inna i robiłam zdjęcia na czuja:))) I tak wychodziły ładnie:))).
To mogę się zabrać za kolejną lekcję-wykład:)

CV napisane from the scratch i wysłane do agenta, który od 2 tyg się do mnie dobija. Pogadałam sobie z nim dzisiaj. Właśnie mi przeleciała jedna propozycja koło nosa, bo kogoś już wzięli:/ Ale nie będę załamywać łapek, tylko poczekam na kolejną ofertę:) Jeśli nie dostanę nic ciekawego w ciągu miesiąca, to napiszę do innego agenta, który tak dobrze przygotował mnie do rozmowy, że rozpaczali, kiedy odmówiłam, bo HCI zaproponowało mi wtedy stały etat:) Jeszcze jakaś agentka dzwoniła z propozycją zostania szkoleniowcem w firmie farmaceutycznej - nie powiem, interesujące zajęcie, ciągły kontakt z ludźmi, ale mało praktycznej pracy w labie, a to lubię najbardziej przecież:)

Baaardzo mi się dzisiejszy dzień podobał - właśnie przez to, że non stoper coś robiłam w labie. Tylko trochę roboty papierkowej mnie czekało - takie minimum konieczne przy robieniu testów:) Jutro robię audyt labu z moim menago.
Wczoraj mi podpadł, bo nie wiedział, jakie procesy mają miejsce przy produkcji jednego cell line. Prawdę powiedziawszy, Rob z HCI, który miał stanowisko (jedynie) team-leadera, wiedział wszystko na tematy związane z produkcją firmy. Wiedział też wszystko nt. urządzeń, które stały w labie i potrafił je naprawić. Wg mnie, tak właśnie powinni być wyszkoleni menadżerowie - mieć wiedzę!!! A wiedza wynika z doświadczenia. Jeśli ktoś jest leniwy, a mój obecny menago jest -na imię mu Gary- to niestety, ale nie osiągnie takiego pułapu. Zauważyłam, że w dużych firmach jest od cholery przeciętniactwa. Dlatego nie chcę tam pracować. Drugi powód, to brak rodzinnej atmosfery. W małych firmach jest fajniej, niby wszyscy wszystko wiedzą, ale zawsze można na nich liczyć. I nie ma przeciętniactwa. Trzeba dużo wiedzieć (patrz Rob), żeby wyrobić się na czas i nie marnować pieniędzy. Tak się składa, że dażę ogromnym szacunkiem ludzi doświadczonych i pracowitych, którzy nie tylko wynieśli wiedzę ze studiów, ale potrafili ją zastosować i rozwinąć w praktyce.
Nie znoszę 4 rzeczy (o dwóch z nich wspominał mój matematyk w liceum:)): chamstwa, kłamstwa, lenistwa i dwulicowości. Zawiść potrafię znieść, bo nie szkodzi mi osobiście, ale z resztą miewam do czynienia i niestety, to ma wpływ na ogląd rzeczywistości.

Podobno idzie wiosna - fakt, ptaki się uaktywniły:)

komentarze (2) | dodaj komentarz

:)

czwartek, 28 lutego 2008 9:29

Alez mialam cieeeeezkie wstawanie:O Jakos tak nietomna bylam kompletnie:)

Wczoraj wieczorem zmeczylam ten esej. Ciezko nie bylo, jak juz zaczelam to poplynelo samo:) Chyba pisanie bloga pomaga sie rozpisac-co z tego, ze w innym jezyku:p Opowiadanie poszlo do Grahama, mojego tutora. No zobaczymy:) Nie pisalam opowiadania po angielsku od jakichs 5 lat:O Jedyne, co pisze od 3 lat, to komentarze, podpis i data. Kiedys mialam bloga po angielsku, ale w koncu mi sie znudzil i go skasowalam. No wiec, zobaczymy jak to bedzie:)

Zdecydowanie, dobrze byloby podszkolic slownictwo, zeby na ten Proficiency sie dostac, hehe. Tylko kiedy????:O

Silownia musi poczekac do jutra, bo po pierwsze, nie mam dzisiaj sily, po drugie nie wzielam ze soba ciuchow, a po trzecie czeka na mnie CV-ka do napisania from the scratch i poszukiwania pracy.

Dzisiaj bede troche zajeta w labie-nareszcie!!! Mam BCA do zrobienia - duzo roboty z rozcienczaniem probek, ale mimo to przyjemna rzecz. Poza tym, lubie prace w labie, zamiast czaplenia 4 liter w biurze i grzebanie w papierach.

Nom, to przyjemnosci zycze!!!:)

PS: Szykuje sie druga sesja pomaranczka, bo znow kupilam 2 wory w Asdzie:))))

PS2: Kolega A. zdazyl mnie juz lekko fqurwic, no ale co ja sie bede przjmowac i zdrowie sobie niszczyc,hehe:D

komentarze (0) | dodaj komentarz

Trochę o muzie z wieczora;)

środa, 27 lutego 2008 21:44
Tak sobie jechałam do domciu, a w radyju puszczali Franza Ferdinanda i Killersów. Te kapele zawsze mi się będą kojarzyć już z luzackim życiem w Sligo,hehe:)))

Mundy'ego zaczęłam słuchać dopiero w Dubie, więc kojarzy mi się z pracą mojego życia (tak mi się wydaje, że już raczej takiego bunch of ppl nie spotkam niegdzie:/):)

I jest super poza pracą, oczywiście, hehe. Byłam w gymie, podejrzanie dużo białych coś dzisiaj się zjechało,ale nie było tłoku. Zrobiłam CAłOść i nawet się nie zmachałam-najgorzej było w poniedziałek - przy wypadach z ciężarkami zrobiło mi się cokolwiek nieciekawie, więc tylko się rozciągnęłam i poszłam do SPA.
Mam plan - coby zrzucić te koszmarne kilogramy - codziennie bieganie, co drugi dzień siłownia... buehehehe, jak mi się uda, to normalnie spadnę z dywanika na podłogę. Dobrze byłoby chociaż 4 dni na tydzień pochodzić, resztę czasu i tak muszę poświęcić na naukę i szukanie fajnej pracy za Morzem Irlandzkim. Obiecałam sobie coś za zgubienie 10kg, a do przyszłego tygodnia chcę się wmieścić w pewne dżinsy.... a za miesiąc w te, które kupiłam w Sligo, gdy byłam spoooooro szczuplejsza:)
No zobaczymy, czy mi się uda:) (Jestem pozytywnie nastawiona do tej sprawy:))

Dziś czeka mnie zredagowanie nowego CV, wysłanie go do agenta, łącznie z rozwinięciem tematu "Dlaczego chcę wrócić tam, gdzie mi było dobrze..." i podejrzewam, że powinnam w końcu wysłać esej do tutora. Ciężko mi będzie tak usiąść i sklecić 2 strony o sobie i dlaczego foto itd., bo dawno tego nie robiłam...hmmm...

Czas na spaghetti i pintę guinnessa (normalnie mam jazdę na wspominki ostatnio, te zielone oczywiście;)).

komentarze (0) | dodaj komentarz

Srodek tygodnia.... gotowa zbrodnia;p

środa, 27 lutego 2008 15:46

Dzis mam juz wybitnego dola na punkcie przeprowadzki, pracy i jakies flashbacki mnie dopadaja co minuta przez to niesamowite slonce na zewnatrz.

Pewnie, ze inni maja gorzej, sa rozdarci totalnie, ale jakos nie naleze do osob, ktore cieszyloby cudze nieszczescie czy niepowodzenie - nawet wrogom zycze dobrze, zeby przestali byc wrogami, bo czasem to wlasnie zgorzknienie i niepowodzenia powoduja, ze ludzie zachowuja sie tak jak sie zachowuja.

Smsuje sobie z kolezanka z Ira-byla na praktyce w HCI przez pol roku i sie jakos tak z nami zzyla:) Byla ostatnio w Krakowie, zwiedzila wszelkie atrakcje turystyczne i pomimo, ze bylo cholernie zimno, bardzo sie jej podobalo. Tez myslala, ze dostalam ta prace w Bray. Tez byla zawiedziona, bo myslala, ze sobie wyskoczymy na drinka wkrotce.

A bylo sie przeprowadzac z tak fajnego miejsca jakim bylo HCI???? Za glupote i nieprzemyslane do konca decyzje placi sie drogo. No i wlasnie place:/

 

Z innej beczki-Instytut Profesjonalnej Fotografii opiekuje sie studentami jak chyba zaden inny! Codziennie dostaje maile z radami, czego i jak najlepiej sie uczyc, jak planowac zajecia itp.:) Takie cos mi sie podoba. Dobre podejscie do ucznia. A nie na odwal-jak na normalnych studiach w PL.  Nawet sie dostaje ocene na koncowym dyplomie. Chyba sie musze postarac i miec to 'A' na koniec;)

 

Wracajac do watku przewodniego-kiedy przychodze tu kazdego ranka (no prawie kazdego;P), od razu odechciewa mi sie na wstepie. Sztywna wiara, bez cienia zakreconego humoru, do jakiego sie przyzwyczailam w Ira...buuuu... i te smieszne zadania, kupa papierkowej roboty i nuda do kwadratu.

W HCI bylam caly czas zajeta-uwielbiam tak pracowac, ciagle miec rece zajete robieniem testow, zero czasu na przysypianie. Prawde mowiac, nie znosze pracy, w ktorej godziny wloka sie jak zolwie, nie za bardzo wypada wziac ksiazke do lapy i czytac i chyba jeszcze jedyna mozliwa do wykonania rozrywka jest dyskretne surfowanie po necie.

A nie dosc, ze byla fajna praca w mojej ira-firmie, to byli fajni ira-ludzie. Pracowalismy ciezko, ale zawsze nam humory dopisywaly (wyjatek, to lekki fqrv, ze trzeba bylo czasem przyjsc w weekend przed Gwiazdka, ale w koncu wszyscy jakos dochodzili do siebie). Jakos tak inaczej bylo. I lab byl maly, firma jak wieksza rodzinka, ludzie otwarci i przyjaznie nastawieni, menadzerowie ludzcy, nikt nikomu nie przeszkadzal, kazdy sie pytal drugiego jak leci i interesowal sie chociaz szczatkowo czyims zyciem, a bedac sama na obczyznie nie jest latwo i naprawde moglam liczyc na dziewczyny i ich pomoc.

W zasadzie-nigdy im nie zapomne ile mi pomogly, ile dla mnie wszyscy zrobili, gdy mama zmarla. Naprawde, super atmosfera. Tutaj malo kto sie interesuje zyciem innych, wszyscy sa sztywniaccy i czasami az sie czuje zawisc i rywalizacje w powietrzu (pomiedzy niektorymi). Lekko niezdrowe klimaty, ktore mi nie odpowiadaja. Wole pracowac z przyjaciolmi niz osobami nastawionymi na wyscig szczurów. Nie znosze wyscigu szczurow i nigdy nie bede w tym uczestniczyc.

Komp mi sie znow popsul z rana-przyszla laska, wymienila go, dostalam nowa klawiature, a tzn. ze pracowalam na starym rzechu, ktory mial prawo sie w koncu zbuntowac. I przyszla kryska na matyska,hehe.

Czekam z niecierpliwoscia na 16.30 i mozliwosc ewakuowania sie z tego miejsca....

No to tymczasem:)

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wtorkowy offik:)

wtorek, 26 lutego 2008 21:39
Brzmi jak Tofik;)))) Od czego by tu zacząć.....

Stęskniłam się za Irlandią, ale to już wszyscy wiedzą....

No więc...trzeba jakieś kroki poczynić, żeby się tam dostać z powrotem. Nowe cv. Nie mam siły pisać go dzisiaj. Może jutro albo w czwartek...

I nikt dzisiaj nie dzwonił, kurka... Mam zamiar odświeżyć kontakt do jednego agenta w Dubie. Warunek-nowe CV, bo to jest lekko nadżarte zębem czasu...

Czego mi brakuje w Londynie??? Np. Grafton Street i Tmple Bar. Nie ma tu ani odpowiedników tych deptaków, ani rynku, który ma każde miasto lokowane za dawnych czasów na prawie niemieckim (patrz większość miast polskich). Koleżanka K. stwierdziła, że nic fajniego AŻ TAK nie ma w Londynie i woli Dublin. I w sumie ma rację. Dublin jest bliższy duszy (i ciału pewnie też;)), bardziej przyjazny, ludzie otwarci i towarzyscy. Londyn to wyniosły arystokrata, który ma gdzieś wszsytkich wokół. Takie porównanie mi się nasuwa... I przestałam się przejmować tym, że niektórzy sobie myślą, że się czepiam UK. To po prostu moje obserwacje i przemyślenia. I tak najlepiej mi było w Sligo i te właśnie czasy wspominam (i będę wspominać) z nutką melancholii zawsze i wszędzie:)

Zakupy zrobione. 3kg pomarańczy Extra Large z ASDY. Jestem od nich uzależniona. Sesja pomarańczek kilka wpisów wcześniej:) Kolejna rzecz, od której jestem uzależniona, toooooo..... ciasto w polewie marcepanowej, mniam-z góry mówię, że niebezpieczne dla sylwetki;p
Kolejna sprawa... wino kupiłam, sugerując się blogiem o podanym niżej sznurku:

www.dublinia.blog.interia.pl

a mianowicie-shiraz Banrock Station (z kwadratową nalepką. Podobno to z "kwadratową inaczej" jest gorsze-czeka w kolejce, jak również Shiraz Mendoza i Californian Red-niezastąpione chyba:)).Kupiłam ostatnią butelkę... jakoś tak się złożyło... Ciekawe, czy w innych Tesco mają...

Kupiłam też mnóstwo ciuchów na siłownię i jedną bluzę z kapturę. Trochę się dziwiłam, że to rozmiar 14 i lekko ciasnawy (już w domu:O). Zdjęłam, patrzę, a to 10!!!! W życiu nie podejrzewałabym, że w rozmiar 10 się zmieszczę z tym, czym kobieta oddycha,hehe;) No ale jakoś się wcisnęłam:) Znaczy, że zmieszczę się również, jak ją wypiorę (takie zboczenie-piorę rzeczy nowo kupione, chyba że są na siłownię i wtedy i tak nadają się do prania po jednym razie...). Wyprzedaż mieli, więc się nie zastanawiałam długo nad wyborami...:p

A potem, w drodze do domu zajechałam ciut za daleko - też tak trochę biało się zrobiło i poczułam się jak w domu, czyli w Ira, prawie, hehe:) W tym Tesco, które zwiedziłam po raz 3ci tutaj nadal było beżowo, ale znacznie więcej białych Angoli niż w Tesco, które jest w kierunku mojej pracy.

Z serii mówisz-masz:
Leci "My big fat greek wedding" leci na "czwórce":) Lubię ten film co najmniej tak jak "Notting Hill":) Różnice kulturowe są zadziwiające i zabawne chwilami:)))
Poza tym, muszę stwierdzić, że nadmiar polskiego szkodzi memu angielskiemu. Tak jak brak paplaniny codziennej w pracy-nie ma to jak Irolki pod tym względem:) Oni są tacy sztywni, że nie chce mi się z nimi gadać normalnie. Z Irlandczykami inna sprawa, wyluzowana (jak krewetki) wiara:)
Zrobiłam  sobie test z angola i się rozczarowałam, bo zakwalifikowali mnie jako osobę po kursie CAE, a ja tu na Proficiency się szykowałam:/ Więcej lektur i filmów po angielsku i zrobi się dobrze...tak sobie myślę, bo zawsze tak było:)

Nom, to wracam do filmu i lampki shiraza:)

Jutro do roboty, potem siłownia (mam nowy program!!!:D więc dostałam kopa:))) a potem już tylko czwartek i piątek i już weekend:)))!!!

komentarze (3) | dodaj komentarz

 12345  »

Zdjęcia w galeriach.


Licznik odwiedzin: 130646

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
2526272829  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

Trochę wiadomości i przemyśleń z życia wziętych... moich przemyśleń, więc będą inne niż przyjęte w normach...:p

O mnie

whatever....ale... od 9 czerwca 2008 żyję w swoim naturalnym środowisku... na Irawyspie, a dokładniej, na jej południowym wybrzeżu:)

dla bazgrających w gg: 4087791

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 04.10.2008 15:14:14
  • autor: irenucha
  • treść: Hejka dziekuje za wp...
Locations of visitors to this page

Statystyki

Odwiedziny: 130646
Wpisy
  • liczba: 505
  • komentarze: 1651
Bloog istnieje od: 1293 dni