Powiem kilka słów o weekendzie;))) Taaa,banana już widzicie??? Tak mi się ostało od dziś rana,a w zasadzie od soboty nawet;)
Faaaajnie było...generalnie...
Zminiło się oprogramowanie biokompa z "single" na "couple" lub jak kto woli "soulmates";))) I dlatego wszystko gra...
No może nie wszystko,bo ciągle tkwię na TEJ wyspie...ale już,kurna,niedługo...bo zaraz nie wyrobię i mnie tu nie będzie w maju...autentycznie,chciałabym dać stąd nogę-tylko mam takie głupie,koziorożcowe nastawienie,że najpierw trzeba materialne podstawy zabezpieczyć (jakby to teraz było najważniejsze,kurde,hehe;p).Znów zintensyfikowałam poszukiwania...
A co do zwiedzania Dublina-najbardziej podobała mi się przejażdżka wybrzeżem,bo nie byłam przedtem tam i pogoda była przepiękna do tego:)Aż nas lekko przybrązowiło-ale tylko lekko,dla niewprawnego oka niezauważalne;) Lekko mi się kurczaczek z fryteczkami przypominał do północy,ale ogólnie było debeściacko:)))
A w niedzielę,jakimś cudem w ogóle (jakoś tak nam się wyrąbało 4 butelki trunków wyskokowych w sobotni wieczór...) się zwlekliśmy i pojechaliśmy do muzeum Guinnessa-darmowa pinta oczywiście była i można sobie było obejrzeć panoramę miasta (nawet zlokalizowałam moje dawne tereny łowieckie;p).A potem jeszcze była Temple Bar i Grafton Street-sorry tej,ale nie przepadam za O'Connell St.,ani za ściekiem Liffey River,która wygląda jak Tamiza w telewizji,a do której ma się tak jak strumyczek w górach do Wisły...
A potem,jakimś cudem znowu (uwierzcie mi,że Bulmers przywraca do życia) pokierowałam autkiem do domu, i to całkiem trzeźwo!!! Tym razem było Martini Bianco (mniam!!!) i spanko...;) A rano pobudka o 5.50-prawie nieżywa byłam,ale dałam radę nawet przepękać cały dzień w pracy-bo z rana trzeba było B. odstawić (niechcący!!!!) na lotnisko...:|
I tak jakoś nikomu się nie chce zostawać tam gdzie jest sam,więc... ktoś gdzieś się musi przenieść,a poniewać Londyn jest dużo bardziej interesujący niż zapijaczony Dublin,to... wypadło na mnie:)
I wszystko jasne;)
komentarze (4) | dodaj komentarz