Dzisiaj bede narzekac. W koncu wolno mi na wlasnym blogu:p
Wczoraj skonczylam o 20.30. Nic fajnego, biorac pod uwage, ze prawie caly dzien czekalam na jakas robote, ktorej sie nie doczekalam o czasie. Naprawde, gdyby dzisiaj mialo miejsce cos podobnego, to po powrocie menago z wakacji, od razu do niego lece I mowie, ze tak nie powinno byc, ze wciaz tylko ja zostaje po godzinach, gdy te cholerne stejlejts na mnie przypadaja. Zmeczona jestem I niewyspana. W koncu wczoraj 12 godzinna zmiane robilam jakby na to nie spojrzec.Po pracy jeszcze do sklepu musialam wjechac, bo nie mialam co do twarzy wlozyc na sniadanie. Skutkiem tego przepyszne, owocowe sniadanko I herbatka ziolowa oczyszczajacaJ Na drugie tez mam troche owocow I zielona herbate do tego. Wody nie licze, bo gdybym jej nie pila tutaj, to uschlabym po 2 dniach – koszmarnie suche powietrze tu jest. Wiekszosc ludzi narzeka, ale nikt nic z tym nie robi. Tak firma, no coz.
Nie moge sie juz doczekac zmiany pracodawcy. Oczywiscie na tego wymarzonego I mam nadzieje, ze firmie M. przypadne do gustu w srode I w czwartek uslysze jakies dobre njusy. A potem bedzie juz tylko szukanie lokum (chyba jednak wirtualnie I tylko tak bede mogla obejrzec to mieszkanie) I sposobu na przetransportowanie wszystkich gratow (a sie nazbieralo…). I w zasadzie, to juz powoli tym wlasnie zyje, bo marze od dawna, jak wiecie. Im dalej od duzych miast, tym lepiej dla mnie, jednak. W miasteczku, w ktorym tkwi M. jest z reszta przeslicznie, niedaleko sa jakies gory, morze (a w zasadzie, to chyba ocean juz jestJ), mala miejscowosc, do wiekszego miasta pol godziny drogi I jest ono rownie sliczne (przynajmniej na obrazkach) I z artystyczna dusza, jak na pierwsza stolice Irlandii przystalo. W druga strone, godzine drogi samochodem jest Cork (I prosze sobie jaj nie robic z corkmenow I ich miasta;p), wiec na samolot tez blisko dosyc (w porownaniu z angielskimi odleglosciami I praktycznie poltoragodzinna jazda do lotniska – teraz mam blizej drugie, ale jednak caly czas latalam ze Stansted).
A tak w ogole, to dzis jest ostatni dzien kwietnia, wlasnie zauwazylam:O I w zasadzie, to od kilku miesiecy juz nie mialo mnie tu byc... No ale coz, shit happens... a mnie sie juz zawsze trafia czesto gesto...
Meczyliscie sie kiedys w robocie tak bardzo,ze czuliscie jej macki na sobie jeszcze w promieniu pól kilometra od wyjscia i od samego budynku? Bo wlasnie tak mam. Jeszcze troche a rozwinie mi sie mania przesladowcza z elementami paranoi albo innej schozofrenii. Naprawde, najwyzszy czas na zmiane miejsca. Sleczenie tutaj przez 8godzin (a wczoraj 12) nie jest przyjemne bynajmniej. Nie chce mi sie wymyslac sobie zajecia, wiec czytam ksiazki i magazyny (national geographic i Nieznany Swiat. Ten ostatni ma duzo tekstu i w miare stonowane zdjecia wiec nikt nie zwraca uwagi), a ksiazki wybieram cienkie, z duza iloscia tekstu bez wymyslnych naglowkow w tytulach. Dzis wzielam cos filozoficznego. Pomyslalam, ze skoro nie mam czasu na medytacje, to chociaz sobie o niej poczytam i o nauczycielach japonskich. Ale zaczyna mnie nosic. Na szczescie mam tescik do zrobienia po lunchu. A potem jakos chyba prztrwam do 5tej. Mam nadzieje, ze juz dzisiaj zaden gowniany clean nie przyjdzie i nie bede musiala przychodzic. Na pewno jutro nie zostane. W koncu trzeba spakowac manatki i naladowac baterie przed weekendowym wypadem (nareszcie!!!).
To bedzie pierwszy raz tutaj, kiedy wycieczka potrwa caly weekend. W koncu!!! Nareszcie troche swiezego powietrza i ciszy. Sorry, ale bez ciszy lekko szwankuje mi psyche ( widze to na codzien). W poblizu sa jedynie parki, nie ma nigdzie porzadnego lasu, a nad morze daleko (z reszta wybrzeze jest koszmarnie zabudowane, wiec jest tez halas i syf), nikogo na wsi angielskiej nie mam, zeby odwiedzic w ciagu weekendu, wiec jest kichowato. Jako wychowanka i obywatelka duzego miasta, musze stwierdzic, ze mam miasta dosyc. Szczegolnie Londynu, gdzie znika sie w bezosobowym tlumie i wszedzie smierdzi jak nie spalinami, to jakims zarciem, albo wyziewami z kanalow. Drazni mnie podprogowy halas, wibracje i ezoteryczne wibracje tego miejsca. Wkurzaja mnie ludzie, ktorym sie ciagle spieszy i dla ktorych kasa jest najwazniejszym wyznacznikiem istnienia. Fqrwia mnie dwulicowosc narodu i niekulturalni, leniwi kolorowi. Autentycznie, malo gdzie mnie tak wiele elementow fqrwialo na raz i gonilo jeden drugiego.W robocie siedze 8 godzin w wibrujacym od systemow wentylacyjnych budynku, po przekroczeniu progu boli mnie glowa, w ciagu dnia musze zakraplac oczy i pic 2 litry wody mineralnej, zeby nie wysuszyc sluzowek na wior. Nie da sie pracowac w takich warunkach i nie da sie zyc w podobnych.
Po prostu nie moge sie doczekac tego radosnego momentu i ekscytujacego zarazem, wreczenia wypowiedzenia menadzerowi. Zapewne sie nie zmartwi tym, bo kolejka losi czeka za progiem. A szkoda, bo odczulabym zlosliwa satysfakcje... Tyle, ze juz nawet nie o ta satysfakcje juz chodzi, ale o wyniesienie sie stad swinskim galopem. A moge was zapewnic, ze ostatni dzien tutaj da mi niezlego kopa (w pozytywnym sensie;)) zeby sie wyniesc i wracac jedynie na wycieczkiJNie lubie tego miasta, tych ludzi i nie przepadam za krajem w ogole. Nie mam pojecia, co przyciaga tutaj tych wszystkich emigrantow. Ale na pewno sa oni nieswiadomi tego, w co sie pakuja, a potem jest juz za pozno, zeby zmienic cokolwiek przez dluzszy okres czasu.
Nom, to sie wyzalilam (po raz kolejny;p):D
Wiecie co…
Najgorsze, to przeziebic sobie nerwy… wiecie, przewianie, siedzenie na zimnym kamieniu. W niedziele przewialo mi szyjke w samochodzie – bo mialam otwarte okno (z powodu podzwrotnikowych upalow:p). I szczerze mowiac, lekko mnie zgielo. Wczorajsza noc byla koszmarem, obudzilam sie z bolu, potem caly dzien rwalo tak, ze leb rozbolal mnie tez, a dzisiaj ciut poprawilo sie, ale nie zeby tak od razu bylo cudownie. Owszem, w nocy nie bolalo, ale nadal mam problem z tym rejonem. Mam nadzieje,ze do piatku mi przejdzie.
Wniosek – nie otwierac okna w samochodzie, kiedy na zewnatrz wali klara z nieba, mrozic sie nawiewemJ
Z innych skarg i wnioskow – naprawde chcialabym juz zmienic prace, miejsce zamieszkania i kraj. Tak dlugo na to czekam, ze powoli staje sie to stanem patologicznym:/ Nie mam ochoty tak funkcjonowac dalej. Jak zwykle, wszystko rozbija sie o kase, bo gdyby nie ona, to dawno juz zwinelabym zagle na ten bardziej zielony front dzialan. A czas tak powoli leci, ze porzygac sie mozna:/ Do tego ta wszechogarniajaca nuda i bezczynnosc. Koszmar. Dlaczego nie ma sie jakiejs wizji przyszlosci, kiedy postanawia sie cos tam zrobic i nie wiadomo, jakie beda efekty? Byloby duzo latwiej podejmowac decyzje. Wrazenia wrazeniami, ale gdzies tam na dnie mozgu intuicyjnie sie wie, ze cos zaszkodzi, tylko ze spycha sie te informacje w glab podswiadomosci, albo po prostu probuje je zamaskowac entuzjazmem. I tak...entuzjazmu mi brakuje, intuicja prawdopodobnie podpowiada mi dobrze, nie musze siebie samej przekonywac o slusznosci podjetych decyzji (a zazwyczaj tak wlasnie jest) i w zasadzie tak sobie osiadlam na laurach dzisiaj, bo poziom energii wynosi zero.Tak mi sie przypomnialo wlasnie.
Jeden kolega z tych ludzi z Singapuru ma tytul magistra, a przyporzadkowali go do technikow, czyli ludzi bez tytulu, a jedynie z dyplomem (czyli tak jak po jakims studium, a nie normalnych studiach). Powiedzialabym, ze jest to uwlaczajace. Bo jak mozna traktowac tak ludzi z dobrym wyksztalceniem? Przeciez to, co robi na codzien, robil w liceum na lekcjach chemii (bo chemia tam bardziej eksperymentalna jest niz u nas w PL na poziomie szkoly sredniej)! Probowal to zmienic, ale nie widac zadnych ruchow. W koncu jest tylko malym, zoltym trybikiem w machinie i generalnie, jak nie on to kto inny. Nieprawdaz?Tak dziala tutejsza, czyli angolska wersja kapitalizmu. Podejzewam, ze gdyby byl angolem, to nie zmieniloby niczego. Kolega, ktory polecial w piatek byl doktorem i robil to, co moze robic czlowiek z licencjatem. Tez robie to, co czlowiek z licencjatem. Ci ludzie robia podstawowy blad, mysle tu o firmie, maja tak wyspecjalizowane dzialy, ze klient nie wie, co sie dzieje w sasiednich i nie ma pojecia jak dziala w nich mechanizm. Ech, szkoda przestrzeni na serwerze...
A poza tym, wpienia mnie stukanie korkami o wykladzine i ten ich sztuczny pospiech.
To jeszcze apdejcik zamieszcze – mam znow zostac nadgodziny. Po raz kolejny, kiedy jestem na tych cholernych stejlejtsach! Autentycznie, mam tego powyzej czubka glowy... Wciaz pada na mnie. Kiedykolwiek, ktokolwiek inny jest na tej zmianie w rozpisce, zawsze wychodzi o czasie, albo ewentualnie pol godziny pozniej. To sobie posiedze do 8 wieczorem i znow padnieta przyjde do chaty... a mialam sprzatac... taki piekny plan akcji sobie naszkicowalam w glowie... a tu dupa:/Ch.jowe to wszystko


Licznik odwiedzin: 130633
| « kwiecień » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | ||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Trochę wiadomości i przemyśleń z życia wziętych... moich przemyśleń, więc będą inne niż przyjęte w normach...:p

whatever....ale... od 9 czerwca 2008 żyję w swoim naturalnym środowisku... na Irawyspie, a dokładniej, na jej południowym wybrzeżu:)
dla bazgrających w gg: 4087791