PS2: już czwartek, ale jakże piękna była środa!!!!:D Wpadłam na wariacki pomysł pojechania do Dublina tylko, żeby się zobaczyć z Eddiem:) Boszzzz....oboje byliśmy cali w skowronach!!!!:) Poszliśmy do Pizzy Hut i na kawę:) Pogadaliśmy o ważnych dla nas sprawach-chyba w przyszłym roku będzie trzeba się razem wprowadzić do jakiegoś przytulnego domku w Dungarvan lub Ardmore... i znów zaniemówiłam kiedy mi to powiedział:D Po prostu mi szczęka opada, bo to ja zazwyczaj takie rzeczy wygaduję:D
Jakoś tak chyba odnaleźliśmy się... chyba już na zawsze...:D:O 3 godziny jazdy w jedną stronę,ale było warto dla tych kilku godzin spędzonych razem:)
Aneta: nie mówię na niego my lovely Ajrisz,hehe...raczej 'sweetie', albo 'hun', albo 'my Eddie'... mogę jeszcze użyć 'my lovely Carlowman',bo w końcu z tamtąd pochodzi:)
Mazureczko: dzięki za cenną radę:) Zawsze mnie chamstwo odstręcza od ludzi i oni to czują, ale masz rację z tym asertywnym podejściem:)
..............................................................................................................
W końcu mnie dopadło przeziębienie porządne...:/ jeszcze dobrze nie zaleczyłam poprzedniego, a siedzenie w lodowatym HPLC roomie dało mi popalić. Do lekarza muszę się przejść, jeśli chcę sobie kilka dni pochorować. Znów mniej kasy wpadnie, ale będę oszczędzać przez kolejne 2tyg,więc drogich prezentów nie będzie tego roku, bo mnie nie stać po prostu:/
Wczoraj jaką jazdę miałam w pracy... normalnie przez to wszystko się budziłam non stop... jeszcze Eddie z wątpliwościami się zgłosił koło 23, więc po prostu mi się na łeb wszystko zwaliło na raz...
Na szczęście z Eddiem już sobie wyjaśniliśmy wszystko, natomiast robota musi poczekać, aż wyzdrowieję. Nie wiem, ile dostanę zwolnienia, ale liczę choćby do końca tygodnia, bo czuję się podle:(
Inna sprawa, że najchętniej wpadłabym do Dublina dzisiaj... ale wiecie, 3,5h jazdy...
Ale w pracy wrednie się zrobiło. Tak się złożyło, że niektóre osoby nie zasługują na bycie moimi kumplami, a mówię tutaj o Utcie. Od jakiegoś czasu czułam się lekko wykorzystywana na polu pozazawodowym- ilekroć ja chciałam wyjść w pt czy sob wieczór, a ona była zmęczona, to zostawałam w domu, ale jeśli ona chciała, a ja byłam zmęczona, to oczywiście wychodziłyśmy... Obiad też - ona do mnie wpadła, ale żeby się odwzajemnić, to już nie. Sorry, ale przyjaźń polega na wzajemności jak wszystkie związki międzyludzkie, na dawaniu i braniu, a nie tylko braniu lub jak w moim przypadku dawaniu. W pracy też gnój, bo panna nie radzi sobie z ciśnieniem i wszystko spada na podwładnych, czyli w tym przypadku na mnie, Kirka i Mareczka, bo Anna (jako młoda, ambitna i przyjmująca bezkrytycznie wszelkie uwagi z góry) jest zostawiona w spokoju.
Z Mareczkiem nawet wczoraj sobie pogadałam popołudniu na temat tego, co się dzieje z Uttą. Bo powiedziałam mu, że miałam gówniane spotkanie z menadżmentem nt. 'attention to detail', które miało tak wiele wspólnego ze szczegółami, jak jajko z kotletem.... A on też miał nieciekawe przejścia z nią. Kobieta po prostu jest za młoda i zbyt niedoświadczona, żeby być team-leaderką. Wszyscy team-leaderzy mają powyżej 30tki, a ona nie. Sorry, ale w tym zawodzie i na tej pozycji wymaga się stalowych nerwów i pracy nad sobą głównie, a nie przelewania swoich frustracji na ludzi, z którymi się pracuje, bo robi się z tego chore środowisko pracy...
A z Dave'a spryciarz jest. Jak pan Lew, postawił się na szczycie, otoczył lwicami i wypuszcza je na łowy codziennie... Albo jak myśliwy i jego psy gończe.... Mareczek ochrzcił Uttę Szarikiem i chyba już tak zostanie - w końcu to owczarek niemiecki był:p
Kilka spraw w związku z Uttą i pracą mnie też ubodło i nie tylko mnie. Dziewczyna nie używa słów 'dziękuję', 'proszę', 'doceniam'.... to bardzo źle świadczy o kimś, kto jest postawiony jako brygadzista nad ludźmi... Powiedziałam, że czuję się zdemotywowana, jutro mam mieć kolejne spotkanie z nimi, na którym mogłabym podać rozwiązanie, ale nie będę go mieć, bo jestem chora. Ale wracając do rzeczy.... motywacją dla mnie jest bycie docenioną przez ludzi, bo w końcu kasa za pracę należy się nam jak psu zupa. A tego tu nie widzę. Jedynie same zjebki na okrętę. I dlatego poproszę o przeniesienie do innego teamu. Zmęczona jestem byciem workiem treningowym.
A kiedy usłyszałam chamskie pytanie 'do you know how to do your job?', to normalnie mnie zatkało.Bo to było chamskie i poniżej pasa, zadane właśnie przez Uttę... Sorry, ale nie mam zamiaru być kozłem ofiarnym jej braku przygotowania do tej pracy w tym miejscu... Normalnie, laska chyba zapomniała gdzie jest i z kim ma do czynienia. Może w Niemczech takie pytania są na porządku dziennym, ale w Irlandii??? Not a chance... A jak jej się nie podoba, albo nie radzi sobie, to niech spada z powrotem... Szkoda życia, energii ludzi i tej pięknej wyspy na zatruwanie atmosfery przez takie osobniki. Niezły kwas się zrobił...
Nom i tak właśnie ludzie sobie barłożą w życiu... bynajmniej nie ja.
I już chciałabym przestać o tym myśleć, zrobić listę słów i zdań do powiedzenia na spotkaniu ponownym i zająć się sobą i problemem odległości dzielącym mnie i Eddiego...;)
PS: Właśnie sobie zdałam sprawę, że Muniek z T.Love wykrakał tą moją prawdziwą miłość:D
komentarze (9) | dodaj komentarz